Patagonia – kraina na krańcu świata, dzika, nieujarzmiona, smagana wiatrami. Miejsce będące marzeniem i celem wielu podróżników. Obecnie nie jest już wcale ciężko się tutaj dostać i korzysta z tego coraz większa rzesza turystów. W najpopularniejszych miejscach może więc być ich naprawdę sporo, ale popularnych miejsc jest zaledwie kilka i na szczęście tysiące kilometrów pozostaje pustych, bezkresnych, z niekończącym się stepem, dziewiczymi lasami lub przepięknymi górskimi szczytami. Czego chcieć więcej?:)

patagonia_torres_del-paine

Poniższy wpis to takie małe kompendium wiedzy (Patagonia w pigułce) dla każdego kto chce wybrać się w ten rejon świata. Najpierw kilka słów o geografii i historii, a później już same przydatne informacje przy planowaniu wyjazdu.

Trochę geografii

Patagonia nie jest regionem administracyjnym – to kraina geograficzna położona w południowej części Ameryki Południowej, na terenie dwóch krajów: Chile i Argentyny. Na zachodzie oblewają ją wody Oceanu Spokojnego, na wschodzie Atlantyckiego. Północna granica krainy jest umowna – jedne źródła podają, że są to rzeki Rio Biobio w Chile i Rio Negro w Argentynie, inne, że rzeki Colorado i Barrancas. Na południu Patagonii znajduje się oddzielony od kontynentu archipelag wysp zwany Ziemią Ognistą z miejscem uznawanym za symboliczny kraniec świata.

Patagonia ma urozmaicone ukształtowanie. Na zachodzie wybrzeże jest silnie rozczłonkowane na liczne fiordy i setki wysp. Następnie wznosi się urozmaicony łańcuch górski – Andy z licznymi lodowcami. Po stronie wschodniej Andów znajduje się wiele rozległych jezior, a potem aż do samego wschodniego wybrzeża przeważa bezkresny, monotonny step.

Ukształtowanie terenu wraz z wpływem oceanu kształtuje równocześnie klimat krainy. Na stronę zachodnią dociera wilgotniejsze powietrze znad Oceanu Spokojnego, co powoduje, że klimat jest tutaj wilgotniejszy pozwalający na rozwój bogatej roślinności, w tym lasów deszczowych strefy umiarkowanej. Powietrze znad Pacyfiku docierając do bariery górskiej, czyli Andów schładza się i skrapla, powodując opady. Na wschodnie zbocza Andów dociera już niewielka część opadów, pozwalając na rozwój lasów bukowych. Na równiny strony wschodniej Patagonii, argentyńskiej wilgoć już nie dociera – masy powietrza są suche, a roślinność to tutaj głównie różne gatunki traw czy na północy krzewy.

Trochę historii

Ślady obecności człowieka w tym regionie pochodzą sprzed 10 tysięcy lat p.n.e. (nawet do 13 tys. lat p.n.e.). Dowodem są chociażby popularne jaskinie Cueva de las Manos z malowidłami m.in. ludzkich dłoni, datowanych na 9-13 tys. lat. Mało jednak wiadomo o ludności żyjącej w tych czasach na tych terenach. 

Europejczycy w Patagonii pojawili się po raz pierwszy w 1520 roku, za sprawą wyprawy Ferdynanda Magellana. 31 marca 1520 roku załoga założyła osadę Puerto San Julian, gdzie postanowiono przeczekać zimę. W tym czasie kontynuowano poszukiwania drogi morskiej, która pozwoliłaby przedostać się przez kontynent amerykański. W końcu udało się odnaleźć cieśninę, którą później nazwano Cieśniną Magellana.

Przez lata Patagonia pozostała niezbadana. W okresie XVIII – XIX wieku odbyło się kilka wypraw badawczych – z najsłynniejszą, czyli ekspedycją na statku Beagle pod dowództwem Fitz Roya, w której uczestniczył Karol Darwin.

Sama kolonizacja Patagonii przez Europejczyków rozpoczęła się w drugiej połowie XIX wieku. Przybywali tu Anglicy, Szkoci, Włosi, Niemcy, Serbowie, Chorwaci, głównie w celach hodowli owiec na bezkresnych równinach. Morderstwa, przesiedlenia czy choroby, które przybyły wraz z kolonizatorami doprowadziły praktycznie do zniknięcia z powierzchni ziemi mieszkających tu Indian.

Jak się dostać

Opcji jest naprawdę sporo. Z Europy najpopularniejszymi miejscami pośrednimi, żeby dostać się dalej do Patagonii jest Buenos Aires w Argentynie bądź Santiago de Chile w Chile. Popularnym przewoźnikiem latającym z Europy do tych miast jest AlItalia. My za bilety w dwie strony z Warszawy do Santiago z przerwą w Rzymie zapłaciliśmy około 2800 zł. Bilety kupowaliśmy na kilka tygodni przed lotem (w tym terminie mieliśmy lecieć gdzie indziej, ale w związku z zawirowaniami z koronawirusem na szybko oddawaliśmy pierwotne bilety i załatwialiśmy inne).

Z Santiago lub Buenos samolotem możemy dostać się do wielu miast, od których chcemy zacząć zwiedzanie Patagonii. Duża część wybiera miasto Ushuaia na samym południu i od południa kieruje się na północ. Część wybiera miasta takie jak Puerto Natalaes, Punta Arenas, El Calafate, czyli miejscowości położone najbliżej najpopularniejszych miejscówek Patagonii. Część (w tym i my) wybiera miejscowości na północy (chilijskie Puerto Montt oraz argentyńskie Bariloche czy San Martín de los Andes) i stamtąd kieruje się w kierunku południowym. Pomysłów na poukładanie planu jest tyle co zwiedzających, a kombinacje połączeń są nieraz iście alpejskie;) Najbardziej przekonaliśmy się o tym spotykając dwójkę Polaków. W połowie ich opowieści w jakiej kolejności zwiedzają Patagonię i przy ilości połączeń samolotowych i autobusowych, które zrobili i jeszcze mieli w planach totalnie się pogubiliśmy;) 

Jak się poruszać

Samolotami, lokalnymi autobusami, autostopem. My z Santiago dostaliśmy się samolotem do Puerto Montt, gdzie wypożyczaliśmy auto. Własny samochód daje dużą swobodę i ten sposób jak najbardziej polecamy. O innych środkach transportu nie możemy się dokładnie wypowiedzieć.

Pierwsza opcja to przemieszczanie się samolotem i lokalnym transportem. W większości patagońskich miast, zarówno argentyńskich i chilijskich, zlokalizowane są lotniska. Istnieje kilka linii lotniczych, które oferują przeloty po Patagonii tj. LATAM, Sky, JetSmart. Bilety zakupywane odpowiednio wcześniej są w miarę tanie. Warto pamiętać o przełączaniu się na region Chile (czyli nie korzystamy z wersji angielskiej w procesie zakupu biletów). Mają one wówczas znacząco niższą cenę. Korzystaliśmy tylko z linii LATAM (z Santiago do Calamy i do Puerto Montt) i są one naprawdę godne polecenia. Wszystko działa sprawnie i szybko, a w jednym przypadku bagażowi nawet sami przytroczyli kijki trekkingowe do plecaka, które w czasie przerzucania bagaży pewnie wypadły (dziękujemy!).

Między miejscowościami działają połączenia autobusowe, którymi sami nie jeździliśmy. Między popularnymi miejscowościami widzieliśmy ich sporo, ale między mniej znanymi jest o nie naprawdę trudno. Z tego co się orientowaliśmy autobusy jeżdżące dłuższymi trasami są komfortowe, a jazda odbywa się często nocą.

Druga opcja to autostop. Z tego co zauważyliśmy na drogach jest bardzo dużo autostopowiczów – w niektórych popularniejszych miejscach nieraz stało po kilkanaście osób czekających na okazję. Z relacji dwójki Polaków, których poznaliśmy, wynikało, że nie ma jednak większego problemu z łapaniem aut.

Ostatnia opcja to wypożyczenie samochodu. Od kilkunastu lat autem można zwiedzać Patagonię po stronie chilijskiej, gdyż została wybudowana droga Carretera Austral (cały czas snute są plany jej dalszej budowy!). Aktualnie oficjalny koniec drogi znajduje się w miejscowości Villa O’Higgins. Stamtąd nie ma możliwości dalszej jazdy autem, jedynie przedostanie się promem przez jezioro i podróż piesza bądź na rowerze do miejscowości El Chalten. Sama Carretera Austral jest w dużej mierze szutrowa, ale zwykłym autem można spokojnie przemierzać tę trasę. Po stronie argentyńskiej większość dróg jest pokryta asfaltem i ciągnie się przez nieskończone, bezkresne równiny.

Samochód wypożyczaliśmy w Puerto Montt, w wypożyczalni Econorent. Za auto na 17 dni zapłaciliśmy łącznie 4500 zł, co na osobę daje 1125 zł. Minusem wypożyczenia auta jest fakt, że trzeba je zwrócić w tym samym miejscu, chyba że chce się zapłacić naprawdę dużo (kilka tysięcy) za możliwość zostawienia auta w innym mieście. W związku z tym byliśmy zmuszeni zrobić naprawdę dużą pętlę po Patagonii, a powrót to właściwie dwa dni spędzone w aucie. 

Dodatkowo za możliwość wjazdu do Argentyny również trzeba zapłacić. Jako, że chcieliśmy zwiedzić Patagonię po obu stronach granicy byliśmy zmuszeni do zapłacenia dodatkowej opłaty – około 800 zł za możliwość przekroczenia granicy z Argentyną. 

Przekraczanie granic

Z pewnością jedną z najbardziej uciążliwych rzeczy przy zwiedzaniu Patagonii po stronie chilijskiej i argentyńskiej jest przekraczanie granic. Ze względu na fakt, że:

  • granica między tymi dwoma krajami biegnie w większości południkowo wzdłuż Andów, a później jeszcze trzykrotnie sobie zawija przy Ziemi Ognistej,
  • ciekawe miejsca znajdują się po jednej i drugiej stronie granicy,
  • droga w Chile w pewnym momencie się kończy,

jesteśmy niestety zmuszeni do ciągłego przekraczania granic.

W czasie naszej podróży granicę przekraczaliśmy, jeśli dobrze liczę, 6 – krotnie. A biorąc pod uwagę, że najpierw trzeba „wymeldować” się z kraju z którego się wyjeżdża, a dopiero później „zameldować się” w kraju do którego się wjeżdża, jeszcze większą ilość razy musieliśmy wychodzić z auta i przespacerować się do kontroli granicznej w celu dopełnienia formalności. A formalności jest wiele… Trzeba mieć oczywiście paszport, ale i wszystkie potrzebne dokumenty, które dostało się przy wypożyczeniu auta. W skrócie opiszę jak to wygląda. Podjeżdżamy do budynku straży granicznej, auto zostawiamy na poboczu lub w miejscu gdzie auta zostawiają inni i idziemy do budynku. Tam przechodzimy przez dwa czy trzy etapy (w różnych okienkach). Urzędnicy dają jakieś karteczki, przybijają milion pieczątek, gryglają podpisy, w następnym okienku kartkę Ci odbierają i tak w kółko. Dawaliśmy i odbieraliśmy wszystkie poopieczątkowane kartki nie za bardzo rozumiejąc o co chodzi. Ale jak chcą to niech sobie robią ;p

Bardziej skomplikowana procedura czeka jeszcze w Chile, gdzie za każdym razem trzeba wypełnić formularz ze swoimi danymi oraz deklaracjami co wwozi się do kraju. Do Chile nie można wwozić produktów pochodzenia zwierzęcego i roślinnego, odpadają więc świeże warzywa i owoce, szynki czy kiełbasy. Przy pierwszym wypełnianiu deklaracji (jeszcze w samolocie) bardzo dokładnie do tego podchodziliśmy, ale na lotnisku w ogóle deklaracji nie sprawdzili, jedynie je zebrali. Z każdą kolejną granicą, mniej się tym przejmowaliśmy. Czasem nas dokładnie wypytywali co mamy w bagażach, dopytywali o konserwy, ale raczej nie było żadnych problemów.

Stopień sprawdzania auta na granicach zależy, jak to zazwyczaj bywa, od stopnia solidności danego urzędnika. Czasem nic nie sprawdzali, a przy ostatnim przekraczaniu granicy musieliśmy wyjąć wszystko z auta, rozłożyć na stołach i wszystko sobie obmacali.  Na jednej granicy poproszono nas również o zjedzenie bananów na miejscu, żeby przypadkiem nie wwzieźć ich do Chile ;p Potem odebrali od nas skórki 😛 Ale tak naprawdę przy ilości naszych bagaży i zakupów szczerze mówiąc to nawet my do końca nie wiedzieliśmy co mamy w naszej torbie zakupowej… Także pomidory kilka razy nielegalnie przekraczały z nami granicę ;p

W Chile dostaje się następnie kartę DPI, którą przy opuszczaniu kraju oddaje się służbie granicznej. Czyli jadąc do Ushuaia od strony argentyńskiego Rio Gallegos wjeżdżamy na około 200 km do Chile i musimy na granicy wypełnić wszystkie formularze, odstać w kolejce, dostać pieczątki, podpisy, kartę imigracyjną, by za 200 km (nie wysiadłszy nawet z auta), znowu zebrać pieczątki,  podpisy a kartę oddać 😀 Europa i strefa Schengen przyzwyczaiły nas do wygody w czasie podróży do innych krajów, ale nie wszędzie są stosowane takie metody. A szkoda, bo przy zwiedzaniu Patagonii rozdzielonej pomiędzy dwa państwa byłoby to spore ułatwienie.

Kiedy jechać

Żeby ominąć większą liczbę turystów polecamy czas tuż przed sezonem lub tuż po sezonie, który w Patagonii przypada na miesiące grudzień-luty (trwa tam wtedy lato). My w Patagonii byliśmy pod koniec lutego do połowy marca. Pogoda jest niestety w tym miejscu nieprzewidywalna. Nam z pogodą w większości się udało – przez 2/3 wyjazdu mieliśmy słońce i nieraz bezchmurne niebo, ale niestety pod koniec wyjazdu były już deszcz i chmury.

Co wziąć

Jak w każdą podróż trzeba wziąć wszystkie niezbędne dokumenty, lekarstwa, ubrania, ale co szczególnie przyda się w Patagonii? Przede wszystkim kurtka przeciwdeszczowa, kurtka przeciwwiatrowa, coś ciepłego – polar czy puchówka, bielizna termoaktywna, wygodne treki, okulary przeciwsłoneczne, czapka, rękawiczki. Jeśli podróżujecie jak my, czyli pod namiot to weźcie ze sobą odpowiednio ciepły śpiwór, można doposażyć się we wkładkę do śpiwora, która zawsze da trochę więcej ciepła. Namiot dobrze jeśli będzie trochę lepszy niż ten najtańszy z supermarketu, żeby się nie zniszczył przy silniejszym wietrze, o co w Patagonii nie trudno. Jeśli wybieracie się na kilkudniowy trekking w góry możecie pokusić się o żywność liofilizowaną, która jest na pewno wygodniejsza niż noszenie osobno słoików z sosami i paczek makaronów czy ryżu. Wystarczy zalać ją wrzątkiem do odpowiedniego miejsca w opakowaniu, wymieszać, poczekać i gotowe. A potem nie trzeba mozolnie zmywać menażek☺

Mapy i przewodniki

Przed wyjazdem kupiliśmy mapę papierową firmy Reise Know-How. Podczas podróży korzystamy tak naprawdę głównie z aplikacji OsmAnd czy Maps.me, ale mapa papierowa też się przydaje (np. sprawdzaliśmy jaki rodzaj nawierzchni mają drogi). Do map papierowych mamy zresztą też sentyment. Zdecydowaliśmy się na mapę Argentyny, gdyż ona najlepiej obejmowała obszar całej Patagonii (chilijską część też) oraz fragment północnej części Chile, gdzie również byliśmy (ale o tym w innym wpisie). 

Przygotowując się do wyjazdu korzystaliśmy głównie z informacji znalezionych w internecie. Jeżeli chodzi o przewodniki kupiliśmy jedynie używany przewodnik po Chile z kolekcji Gazety Wyborczej, ale nie traktowaliśmy go jako pomoc w przygotowaniu do wyjazdu. Korzystamy z niego raczej w czasie wyjazdu – jadąc długie godziny w samochodzie czytamy sobie nawzajem rozdziały o konkretnych regionach przez które przejeżdżamy. Wtedy nie są to suche fakty, a konkretne informacje o historii, ludziach, przyrodzie danego regionu, a krajobrazy tego miejsca przesuwają się za oknami samochodu. Od razu lepiej się chłonie wszystkie informacje☺

Ceny

Zakupy spożywcze – ceny są porównywalne lub droższe niż w Polsce. W popularnych miejscowościach jest oczywiście drożej. Podobnie ma się rzecz w restauracjach.

Benzyna – w związku z faktem, że w Argentynie benzyna jest tańsza niż w Chile staraliśmy się częściej tankować po stronie argentyńskiej. Po stronie argentyńskiej popularną siecią stacji jest YPF i tam najczęściej tankowaliśmy. Wpływ na to miał również fakt, że na tej stacji przeważnie było wifi.

Wstępy – niestety wstępy do parków narodowych są drogie. Owszem, jest kilka parków narodowych czy miejsc, gdzie nie trzeba nic płacić (park Pumalin, trekkingi w okolicach Fitz Roya). Ale jeśli już trzeba płacić to nieraz są to kwoty rzędu 100 czy więcej złotych (Torres del Paine czy Cerro Castillo).

Noclegi

Z noclegów korzystaliśmy kilka razy (celem porządnego prysznicu, zrobienia prania czy ze względu na złą pogodę). Ceny za nocleg w mieszkaniach (zamawianych przez booking) wynosiły około 50 zł za osobę. Nie było żadnych problemów z ich dostępnością, ale nie wiemy jak jest w szczycie sezonu.

Większość czasu spaliśmy jednak pod namiotami na dziko. Nigdy nie zdarzyła się nam z tego powodu żadna nieprzyjemna sytuacja. Problemem w Patagonii co do rozbijania namiotów jest fakt, że większość terenów jest ogrodzonych. Większość czasu jedzie się, a po obu stronach drogi są cały czas ogrodzenia. Na północy Patagonii, wzdłuż chilijskiej drogi Carretera Austral problemem jest jeszcze niesamowicie gęsta roślinność. To nie polski las, gdzie zawsze znajdzie się jakaś polanka czy kawałek ziemi bez żadnego podszytu. Tutaj jest jeden wielki gąszcz, nie można po prostu zjechać w bok i znaleźć jakiegoś miejsca – czeka nas po prostu zwarta ściana zieleni. Koniec końców zawsze udawało się znaleźć miejsce. Kilka miejscówek na ewentualny, dziki nocleg mieliśmy już znalezionych dzięki aplikacji OSMand przed wyjazdem. A kilka to darmowe campingi (okolice Fitz Roya) czy jeden płatny (park Quelat, okolice lodowca Queulat), za który jednak nie zapłaciliśmy, bo nie było na nim nikogo komu by można zapłacić.

Internet

Niestety przed wyjazdem nie udało nam się znaleźć żadnych informacji, jaka sieć komórkowa oferuje dobry internet (czyli taki, który ma w miarę dobry zasięg). I tak zdaliśmy się na los i kupiliśmy kartę z sieci WOM. Kupowanie karty w Chile okazało się najtrudniejszym zadaniem wśród wszystkich krajów w jakich byliśmy. Bardzo ciężko było znaleźć kogokolwiek kto umiał mówić choć trochę po angielsku, dodatkowo były jakieś problemy z włączeniem karty i pakietu na naszym telefonie. W czasie podróży okazało się, że niestety sieć ta nie ma praktycznie żadnego zasięgu i nawet często w miastach przez które przejeżdżaliśmy mieliśmy problem ze złapaniem internetu. Wydaje nam się teraz, że sieć ENTEL może byłaby lepszym wyborem, bo jest chyba popularniejsza. Sieci WOM nie polecamy.

W Argentynie karty w ogóle nie kupowaliśmy. Korzystaliśmy z wifi na stacjach YPF czy w miejscu naszych noclegów oraz z wifi dostępnego w El Chalten, na głównym placu. 

Co zobaczyć

Odsyłam do kolejnego wpisu☺ (już wkrótce).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *